Celebracja twórczej delikatności - „falling grace” Cie Linga

Piąty dzień 15. edycji Lubelskich Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca, to zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów programu, który tym razem nie rozczarował swojej publiczności.
Na festiwalowej scenie Teatru Muzycznego mieliśmy okazję zobaczyć widowisko szwajcarskiej grupy Cie Linga – „falling grace”, pomysłu i choreografii Katarzyny Gdaniec i Marco Cantalupo. Organizatorzy połączyli premierę pokazu z inauguracją i otwarciem jubileuszowej 15. już edycji festiwalu. Zdaje się, że organizatorzy nie przypadkowo wybrali na tę okazję właśnie ten spektakl. Po pierwsze jego poziom, atrakcyjność i efektowność były bardzo duże, po drugie – tańcząca „kobieta lampa” widniejąca na reklamowym plakacie festiwalu, to właśnie jedna z bohaterek widowiska szwajcarskiej grupy. O tym jednak za chwilę, bo występ, mimo że prosty w środkach, złożony jest z kilku innych – takich i podobnych motywów, które osobno, jak i całościowo, dają bardzo ciekawy efekt.
„falling grace” jest widowiskiem szóstki tancerzy – trzech mężczyzn i trzech kobiet tworzących w fazie początkowej, środkowej i końcowej wymieniające się partnerami pary. Relacje postaci nie są całkowicie jasne. Aktorzy tańczą razem, ale każdy stanowi odrębny, indywidualny element – ich taniec przybiera formę przepychanek. Te ustępują miejsca etiudzie, chyba najbardziej efektownej.
Pusta, ciemna scena staje się polem popisu dla półnagiej tancerki – kobiety, która w sposób bardzo precyzyjny porusza się na scenie jak pająk, czyniąc dla swoich rąk i nóg pomost z przesuwanych i przestawianych świetlanych klocków. Świecące w ciemności latarenki, poruszająca się po nich „kobieta pająk” to widok bardzo efektowny i zmysłowy zarazem. Najprościej można powiedzieć, że jest to obrazek ładny, robiący na widzu wrażenie.
Cały spektakl to seria pomniejszych scenek, taneczne pary pojawiają się, ich relacje wprowadzają nastrój nierównowagi, niepewności – tej samej, o której mówią w swojej idei twórcy spektaklu. Ich pojawianie się, znikanie, wprowadzanie nowych par lub postaci sprawia wrażenie złożoności pokazu. W istocie jego budowa, struktura wydaje się skomplikowana, ale same wykorzystane w dziele środki są raczej skromne i proste. Wspomniana wcześniej ciemność i poruszająca się po świecących latarenkach kobieta to motyw nieskomplikowany, ale niezmiernie efektowny. Takim ciekawym elementem jest też jedna z piękniejszych etiud – tańcząca para „ludzkich lamp”. Tak, tych samych, które widnieją na festiwalowych plakatach. Scena ta wzbudziła na twarzach widowni euforię, uśmiechy, uśmieszki, zaskoczenie, ale i szmer zainteresowania. Nic dziwnego, bo damsko-męska para „ludzkich lamp” – ich delikatność, prawdziwość gestów i uczuć, miały prawo się podobać. Człowiecze korpusy z zapaloną lampą i z abażurem w miejscu głowy, wchodzące ze sobą we flirt, składany pocałunek, precyzja ruchów budziły podziw. Bo jak my zachowalibyśmy się mając na głowie coś takiego? Czy potrafilibyśmy tak subtelnie grać, poruszać się i oddawać emocje? Mam co do tego wątpliwości, dlatego scena ta, mimo swojej częściowej absurdalności, budzi we mnie całą masę pozytywnych emocji. Nie ona zresztą jedna, bo do tych ciekawszych, a nawet wzruszających, można zaliczyć inną etiudę – taniec pary. Bez znaczenia jest czy to para przyjaciół, kochanków – ich napięte relacje, rozstania i powroty są tu bardzo dokładnie zobrazowane w tańcu. Przejmująca muzyka staje się tłem do ich burzliwego związku, który w tym wszystkim jest bardzo namiętny.
Warto wspomnieć o interesującym tańcu aktorów w metalowych uprzężach – rodzajach siedzisk, podpór, które umożliwiły wprowadzenie bardzo wielu pozycji i układów ruchowych. Subtelność, celebracja twórczej delikatności, jak mówią o spektaklu twórcy, to zdecydowanie dominujący pierwiastek „falling grace”. Końcowa scena tancerki w lekkiej pistacjowej sukience i mocno czerwonych szpilkach, ostrożnie przenoszonej przez tancerzy, niezwykle wolno i lekko stąpającej z nimi po scenie, to kwintesencja wszystkiego, co do tej pory można było w tym pokazie zobaczyć.
Widowisko Cie Lingi to rzecz naprawdę godna polecenia. Jest to widowisko lekkie, delikatne, przepełnione całą paletą uczuć i emocji, które chłonie się z każdą kolejną sceną, etiudą, obrazkiem. Obrazkiem bardzo efektownym, ładnym i smakowitym. Widz nie szuka tu szczególnej fabuły, historii, która przecież niekoniecznie być tam musi. Oczywiście niezwykła precyzja, technika i  miejętność wyrażania emocji przez tancerzy sprawiła, że bez problemu możemy odczytać w „falling grace” kilka pomniejszych historii. Myślę zresztą, że wielu widzów tak też uczyniło. Sądzę jednak, że widowisko to należało do tych, które bez problemów i wyrzutów sumienia można chłonąć – bez zbędnych komentarzy i nadbudowy ideologicznej. „falling grace” po prostu powinien cieszyć oko.

Agnieszka Wójtowicz

0 komentarze:

Prześlij komentarz